Kołobrzeg 1945
Kołobrzeg 20 marca 2010


Z pamiętnika nieznanego żołnierza 6 DP

...i spotkał nas ten los żołnierza kiedy musi żegnać się z macierzą, i wyruszyć hen przed siebie po wolność, sławę i cierpienie... Może dożyjemy chwili, gdy będziem w niepodległym kraju żyli. Lecz tymczasem losie niesprawiedliwy prowadź nas do walki w imieniu ukochanej Ojczyzny. To nic, że zamiast orła, kurica na czapce lśni, my synowie tej ziemi, co ze wschodnich rubieży do domu szli, krwią znaczyć będziemy drogę ku niepodległości aby kiedyś nasze dzieci mogły zaznać spokoju i radości. Nie zniszczy nas niemiecki i radziecki wróg, bo my powstaniem jako zbrojny lud...

...i nastał dzień 19 marca kiedy dostaliśmy rozkaz wyruszenia w kierunku Wału Pomorskiego, aby całkowicie przełamać ostatni poważny opór niemieckich żołnierzy. Godzina mobilizacja przypadała na 15:30. Ostatni przegląd uzbrojenia tego przepisowego i tego trochę mniej. Jako, że nasz środek lokomocji nie był za duży zabieramy okrojoną wersję oporządzenia skupiając się przede wszystkim na podstawowych rzeczach niezbędnych żołnierzowi w trudnym okresie walk w każdych warunkach. Nowe płaszcze z przydziału, świeże guziki, patki i... plecaki z odpowiednimi zawartościami na wypadek gdyby trzeba było targować się po drodze z różnymi formacjami spod czerwonej gwiazdy. Na pokład zabieramy dwójkę jak się później okazało znakomitych nowych poborowych uzupełniających nasz mocno przerzedzony bojem oddział piechoty. "Szpaku" - to on swoimi celnymi strzałami osłaniał chłopaków obsługujących "czterdziestkę piątkę". "Zosia" - sanitariuszka, której łagodność i uśmiech była najcudowniejszym lekiem na rany odniesione w boju. Już wtedy szeregowy Futro bacznym okiem obserwował białogłowe...

Prawie w pełnym komplecie wyruszamy w nieznane... Każdy z nas zadawał sobie pytanie - "co teraz", "co z nami będzie?" Zastanawiałem się czy uda mi się zobaczyć nasz mały podkarpacki skrawek ziemi? Pocieszałem się myślą, że działko, które udało nam się zdobyć da nam pewną ochronę na odległość i nie będziemy narażeni na bezpośredni ogień nieprzyjaciela. Szybko jednak przestałem myśleć pesymistycznie, gdy zobaczyłem czekające na nas huculskie pyszczydło "Hipisa". Jego oczy zapłonęły czerwonym światłem, białe kły zaczęły błyskać, rękę podniósł do góry i potrząsnął groźnie, jakby na znak powitania. Co prawda cywile patrzyli na nas jak na pospolite ruszenie, ale już nasza armatka budziła respekt. Swoją drogą czy Ci ludzie nie wiedzą, że czasy obecnie są trudne mimo iż wojna na tych terenach chwile temu się skończyła? Podejrzewam że każdy z nich w domu za piecem posiada jeszcze koszyk granatów, bo sąd sądem ale sprawiedliwość musi być... Ruszamy dalej w nieznane, na zachód. Po drodze zabieramy "Sapera" i "Zbyszka". Od tej pory zaczyna się prawdziwa "tułaczka" do miejsca zgrupowania 1. AWP.

Jak to w oddziale piechoty nie mogło zabraknąć śpiewu, dobrego "smaku" z plecaków i wspaniałych pomysłów. Pomijam oczywiście guzikowe szaleństwo z igła i nicią, bo Polski żołnierz potrafi wszystko! No i zaczęło się... na początek poszły "Fasolki" i "O Ela" przy radosnym pobrzękiwaniu naczynek z "coca colą". Gwoździem wieczornego programu był Bee Gees po polsku "Bigos", wielki fan "Gorączki sobotniej nocy". Ach jak chciało się tańczyć do: How Deep Is Your Love, Stayin' Alive, oraz Night Fever. Nagle pada komenda oferująca grę w kuku i to na rozkazy ale na pewno nie wydawane przez dowódcę oddziału. "Futro" podejmuje wyzwanie Actimela zgłaszając się na ochotnika do nierównej próby zwycięstwa, a to za sprawą szpiega siedzącego z prawej strony. Słyszę tylko niemiecko brzmiące: "Rzucen karten, koloren i kuken". Między czasie słychać przepiękną religijną pieśń "Hebrew - Shalom aleichem" stawiającą nas na nogi i wywołującą ogólną radość, patrzę za okno i oczom naszym ukazuje się Rzeszów skąpany w deszczu. I tu rozpoczyna się następny etap naszej wielkiej włóczęgi okraszony zapachem zosinych mandarynek i nowej metodologii wykonywania pompek, o których się nie pamięta. Tak upływały godziny jazdy. Nauczyliśmy się kilku pięknych pieśni żołnierskich jak przystało na żołnierzy 1. AWP. Szeregowy Futro wzorem Franka Dolasa z "Czterech Pancernych i Psa" nucił:

"Pan porucznik od saperów poszedł na zające,
znalazł w lesie dwie kobiety nago się kąpiące,
hulaj dusza niech się rusza dziewczyno maja".

Szeregowy "Futro" miał w zanadrzu przebój na miarę Bee Gees, również zaczerpnięty z repertuaru Franka Dolasa.

"Od Rosyi jadę, szabelką toczę, szabelką toczę.
Wynieś mi chusteczkę moja najmilejsza
O to Cie proszę, o to Cię proszę.
Pewnie Ty tam ruską pannę miłujesz,
Pannę miłujesz.
A teraz ode mnie i to potajemnie daru potrzebujesz.
Daru potrzebujesz.
Nie było tam czasu panien miłować, panien miłować
Z rana do wieczora, z wieczora do rana
Mus maszerować, mus maszerować..."


Niezłomny Futro, niczym Adolf Dymsza śpiewał "A u mnie siup, a u mnie cyk". Reszta żołnierzy choć usilnie próbowała, nie umiała powtórzyć szlagieru z filmu "Dodek na froncie": "Ja nie wiem co to rzecz jest niemożliwa, to u mnie nie bywa, z niczego można zrobić beczkę piwa, jak olej w głowie masz". "Hipis", stojąc obok ze słoiczkiem po musztardzie, przytupywał i ronił płyn na podłogę. Zosia zaś coraz weselsza, coraz wdzięczniejsza, wspólnie ze "Zbyszkiem" nuciła piosenki Andrzeja Zauchy m.in.:

"Bądź moją muzą,
bądź mi blondyneczką niedużą,
w skwar czy w deszcz, co robić masz wiesz ,
co masz robić wiesz: smaż gotuj, zmywaj, pierz,
a przytul czasem też..."

Brakowało nam tylko naszej harmoszki, która została przestrzelona w boju pod Tomaszowem Mazowieckim ratując życie "Griszy". Międzyczasie kolacja, gdzie daniem powszednim były wyroby zbożowe tudzież chmielne. Ostatnim etapem było zabranie ze sobą "Księdza", który przybył do nas pod Sochaczew z wieściami o wolnej Warszawie. Dobrodziej raczył nas przesmacznymi zakąskami i swojską wędliną, taką jak u mamy. Wszak jego imieniny! Tak więc jesteśmy już wszyscy. Cały oddział piechoty obsługujący naszą zdobyczną czterdziestkę piątkę. Nie zapomnę min kierowców tirów ścigających się z nami w Płocku. W ich oczach było widać chęć przyłączenia się, radość z tego, że jedziemy walczyć za wspólną wolność.

Zmęczeni trudami podróży z myślą, o tym co czeka nas na froncie i wesołym humorem po kolei zaczęliśmy zasypiać opatuleni naszymi nowymi płaszczami z przydziału jednocześnie wesoło pochrapując. W końcu to "fantastyczne" chrapanie przeradza się w uciążliwy szmer. Ciężko jest spać dlatego budzę się szukając coś co mogłoby sprawić bym nie słyszał choć przez chwilę. O zgrozo - nie ma, pusto wszędzie, co ze mną będzie? W powietrzu czuć już inne powietrze, takie morskie. Mijamy wyzwolone już wsie i miasta. Docieramy do Kołobrzegu. W mieście widać mały ruch, jednostki wojskowe rozlokowane w garnizonie są już po śniadaniu i szykują się do wymarszu. Poznajemy niektórych kompanów, z którymi mieliśmy już szansę na poznanie podczas walk m.in. na Pradze w Warszawie, gdy forsowaliśmy Wisłę na pomoc powstańcom. Dostajemy strawę, broń i szykujemy się do wymarszu. W tle słychać odgłos walk. Nasze napięcie emocjonalne rośnie. Dostajemy suchy prowiant - przesłodkiego batona, z tego przerażenia nie wiem już od kogo. W końcu dowódca "Marek" (pod nieobecność rannego dowódcy "Miro" - przebywa w Lazarecie) ogłasza zbiórkę i przygotowujemy się do wymarszu. Ruszamy więc na skwer. Każdy z nas żądny walki. Docieramy na miejsce. Słychać szum morza. Z dala niedaleko wału widać umocnienia niemieckich wojsk. Widać, że są tam różne formacje piechoty i wojsk pancernych. Naprawdę jest ich wielu, są zdeterminowani, ciągle strzelają, bronią się jak mogą. Widocznie zależy im na obronie tego skrawka ziemi, przecież to ich jedyną drogą powrotu do domu. "Marek" troszkę zmartwiony zastanawia się jak rozlokować naszą siłę rażenia abyśmy wszyscy szczęśliwie wrócili do domu.

Sami na widok toczonych walko stajemy jak wryci.

Dostajemy komunikat, że nasz zwiadowca dostrzegł okopane i silne umocnione jednostki niemieckie. Widać regiment francuski, a nawet Hitlerjugend oraz Freikorps. Na ich twarzach ponoć maluje się zrezygnowanie, niepewność ale i determinacja. Niestety nie ma w nas współczucia dla takich oprawców.


Nagle słyszymy gwizdek i komendę "w dwuszeregu zbiórka!!". Teraz dopiero widzę ile nas jest. Ogrom ludzi. Różnie umundurowani stawiamy się na zbiórkę. Stoję obok "Adama", w który trzyma rusznicę p.panc PTRD. Jakoś tak bezpiecznie się czuję widząc potężnie uzbrojone wojska. Patrząc na moich współtowarzyszy broni denerwuje mnie fakt różnego wyglądu, całkowicie przeciwnie do roku `39 gdzie każdy z nas miał być schludny i ogolony, bo na spotkanie śmierci szło się jak na spotkanie z własną żoną. Rozumiem, że wielu z nas miało długą wojenną przeprawę aby dotrzeć do Kołobrzegu, lecz to nie obliguje nas do wyglądu iście leśnego dziadka. Całe szczęście, że my zachowujemy powagę sytuacji i wyglądu. Zdenerwowany tą myślą próbuję skupić się na rozkazach wydawanych przez dowódców, ale zaraz powracam do poprzedniej myśli kwitując i klnąc pod nosem - czy to ważne jest jak będę wyglądał gdy polegnę?

Zostajemy podzieleni na 3 grupy uderzeniowe. Trochę dziwnie, bo pierwsza rusza piechota - około 100 ludzi, która zostaje rozbita po frontalnym ataku. Przykro było patrzeć jak chłopcy giną na otwartym polu walki. Potem my i nasza armatka. Rozpoczęła się bitwa, a raczej rzeź okropna. Na początek dwa dobre strzały trafiające w umocnienie wału niszcząc stanowisko MG42 i przyciskając nieprzyjaciela na dobrą chwilę. "Hipis", "Szpaku" i ja na prawym skrzydle osłaniającym przemianowanych w artylerzystów "Doktora", "Zbyszka", "Marka", "Sapera", "Księdza" i "Griszy". "Adam" z rusznicą po lewej stronie próbuje namierzyć niemiecki SdKfz,

oraz "Futro" ze swoim "Mośkiem" trafiając raz za razem soldatów Freikorpsu podchodzących z pancerfaustami. Nasza prawa flanka zostaje wzmocniona dodatkowym Maksimem, który oczyszcza nam przedpole przyciskając nieprzyjaciela.


Spostrzegam w oddali jak Niemcy próbują przeskoczyć w miejsce bardziej dogodne do oddania strzału by unieszkodliwić nam armatkę. Większość ich nie dobiega do pierwszej wyrwy - kładzie ich Maksim. Nagle w odległości ok. 150 m widzę Niemca schowanego za drzewem, mierzącego do któregoś z moich kompanów artylerzystów. Bez zastanowienia namierzam jego twarz na muszce i oddaje szybki strzał. Dostał. Musiałem go trafić w okolice szyi, bo padając widziałem jak łapie się za nią. Dziwne uczucie. Całkiem inaczej niż w walkach na wschodzie. Wiem jednak, że jeśli nie ja strzelę pierwszy to trafią nas. Nagle rozlega się gwizdek dający znak do ataku dla trzeciego uderzenia. Jednocześnie zostaje wystrzelona zielona flara która zamiast lecieć do góry leci poziomo i trafia w niemieckiego żołnierza próbującego ratować rannego kolegę. Widok przerażający ale nie myślę o tym, bo już czuje jak ziemia się trzęsie pod wjeżdżającym SU76, którego pierwszy strzał unieruchamia SdKfz. Słyszę chłopaków którzy oddając strzał z armatki krzyczą by przenieść armatkę bliżej, bo wróg zaczyna się przegrupowywać i wycofywać. Podrywamy się z Hipisem w momencie, gdy za nami biegnie kilkudziesięciu polskich żołnierzy z okrzykiem "hurra"!! W tym momencie słyszę obok siebie potężną eksplozję. Upadam ogłuszony niewiedzą co się dzieje. Nie wiem ile leżałem ale w uszach mam świst jak w Medal of Honor. Obracam się za siebie i widzę że nasza armatka stoi unieruchomiona. Chłopaki próbują ją przepchnąć dalej ale nie dają rady. Nagle podbiega do mnie jakiś sierżant i podnosi mnie i krzyczy do mnie "na przód"!! Nie wiem gdzie jest "Hipis" i co się z nim dzieje. Z przodu rozpoznaję "Szpaka" więc kieruję się na odległość 15 metrów dalej i zalegam. Jest cholernie skuteczny. Chłopaki zaczynają strzelać z miejsca w którym utknęli. Jeden z takich wystrzałów trafia w okop gdzie wcześniej widać było rozbłyski wrogich żołnierzy. Żaden z nich już nie strzela. To otwiera mi drogę do ruszenia w kierunku pobliskich drzew, które mogą dać schronienie. Nagle zza drewnianego, zniszczonego bunkra wyskakuje Niemiec, który chyba ucieka do następnego bunkra. W biegu trafiam go chyba w nogę, bo upada ale żyje. Chowam się za drzewa. Mam chwile wytchnienia. Spoglądam za siebie i przez chwilę przed oczami miga mi postać "Zosi" dobiegającej do rannego żołnierza nie zwracając uwagi na strzały - odważna kobieta. Naprzeciw mnie w odległości około 100 metrów na któregoś z polskich żołnierzy rzuca się niemiecki soldat z bagnetem. Widzę chwile szarpaniny. Podnoszę broń do oczu chcąc wycelować w przeciwnika ale są tak ruchliwi, że nie mogę dokładnie namierzyć agresora. Przez chwilę zawahałem się nad decyzją wypalenia - oddać strzał i nie daj Boże trafić swojego kamrata czy odpuścić skazując prawdopodobnie ziomka na śmierć od bagnetu. Decyduje się na pierwszą opcję. Strzelam więc w ich kierunku ale chybiam.

Cholerny hełm. Jest za duży. Przeładowuję ale jest już za późno. Wróg wstaje z zakrwawionym nożem i próbuje zaatakować drugiego z polskich żołnierzy. Znów biorę go na cel ale wyprzedza mnie "Szpaku" posyłając go martwego na ziemię. Nie wiem ilu chłopaków w taki sposób uratował.

Za sobą słyszę znajomy odgłos SU 76, który pustoszy w najbliższej odległości wszystkie stanowiska ogniowe cekaemów. Teraz dopiero widzę, że Niemcy się wycofują. Chowam się za ciężki wóz bojowy. Nagle jakiś podporucznik krzyczy do nas "do ataku" i wskazuje mi miejsce, w któro mam biec. Dobiegam i usadawiam się w wygodnym i w miarę osłoniętym okopie. Od razu zaczynam prowadzić ostrzał trafiając raz po raz. Po chwili podrywam się do zmiany miejsca i widzę przed sobą zza drzewa wyskakującego sołdata, który mierzy do mnie. Całe życie stanęło mi przed oczami - cholera nadal żyję, czemu nie strzela? Patrzę jak nerwowo opuszcza broń. "uff, nie ma amunicji to teraz moja kolej". W pełnym biegu przykładam kolbę do ramienia, pociągam za cyngiel i... nic. Pusto. O zgrozo. Nie namyślając się odwracam karabin tyłem do przodu - na założenie bagnetu nie ma już czasu. Widzę przerażenie w oczach przeciwnika ale i stanowczość "kamikadze". Już mam się z nim zmierzyć, aż tu nagle zza pleców wyskakuje polski żołnierz. Miał chyba ze 2 metry. Jednym ruchem powala mężczyznę na ziemię. Nie wiem, który z nich przeżył. Biegnę nadal szukając kogoś kto poległ by znaleźć może jakąś amunicję bądź broń. Wtem jak spod ziemi wyrasta jakiś niemiecki oficer z Lugerem w ręku i odpala w moim kierunku. Ocknąłem się nie wiem po jakim czasie. Czuję straszny ból w okolicach skroni ale jeśli czuje znaczy, że żyje. Próbuję się podnieść ale nie mogę. Na mnie leży jakiś żołnierz w niepolskim mundurze. Myślę sobie: "Bij, morduj!" Kątem oka widzę jak mojego oprawcę z rękami do góry kolbą popycha inny polski żołnierz. Jeden z kolegów zauważa mnie żyjącego jednocześnie łapiąc niemieckiego sanitariusza, który aktualnie opatrywał jednego ze swoich rannych i w sposób siłowy przeciąga go w moim kierunku i rozkazuje mu opatrzenie mnie. Podnoszę głowę i widzę, że na ostatnim wale przed morzem rozlegają się strzały wiwatu. Kołobrzeg odbity! Radość, że przetrwałem i żyje, radość, że uczestniczyłem w czymś wielkim, radość z wolności i chyba najważniejsze jest, że to już koniec. Jak nic przypominają mi się słowa "...gdzie my tam granica..." i coś czuje że to nie nasze ostatni przystanek nasz.

Czupryna wichrem podniosła się do góry, lice ubarwiło się rumieńcami. Dość szybko stawiają mnie na nogi. Z resztą sam staram się jak najszybciej ewakuować z miejsc opatrunkowych i odszukać swoich przyjaciół. Swoje kroki kieruje na piaszczystą plażę, bo słychać tam wiwatujących żołnierzy. O zgrozo, nie widzę nikogo. Czyżbym tylko ja przeżył z mojego pododdziału? Staję na zbiórkę. Moja dywizja zdziesiątkowana. Ludzie brudni, umorusani, ranni ale szczęśliwi. Nadal nie widzę nikogo z moich kompanów. Okazuje się, że tak jak przed ponad dwudziestu laty dokonamy zaślubin z morzem na znak, że Bałtyk jest nasz. Czwórkami maszerujemy nad sam brzeg. Wytypowana delegacja - kapral - dokonuje zaślubin rzucając jeden z pierścieni w czeluść fal i składając, że już nigdy nie oddamy morza w ręce oprawców. Trudno opisać jaka radość zapanowała wśród nas. Okrzyki, salwy strzelane w niebo ogólna euforia. Nagle patrzę w prawo i widzę to samo pyszczydło huculskie, któro widziałem przed wyruszeniem na front. Tak to Hipis. Jeszcze nigdy nie ucieszyłem się na widok tego chłopaka jak wtedy. Zrywam się biegiem w jego kierunku i zauważam, że są tam wszyscy z mojego pododdziału. "Zosia", "Futro", "Grisza"... i reszta chłopaków. Hipis milczał czas jakiś, wodząc oczyma po obecnych widząc, że wszyscy czekają na to, co chce powiedzieć. Hucuł nagle odsapnął i rzekł: Idę z Wami koledzy, na Berlin! Ja zaś zatroskany, wyszukuje wzrokiem "Bigosa". Ktoś mnie informuje, że ten dostał rozkaz pilnowania działa aby jakiś "uprzejmy" przechodzień go sobie nie przywłaszczył. Naprawdę cieszyłem się że widziałem ich w całości.

Po posiłku zostajemy na plaży delektując się widokami, morskim powietrzem i... wyrobem akcyzowym. Jesteśmy już w komplecie po uprzednim zaciągnięciu armatki na pojazd. Zostajemy zluzowani po tak trudnym boju i odesłani na tyły. Czekamy na powrót do domu, gdyż durne przepisy wymuszają odpoczynek. Zaczynają nam się przyglądać zwykli ludzie którzy już bez obaw wyszli nad plażę. Na uwagę zasługuje fakt, że "Futro" po raz pierwszy był nad morzem i na dodatek w takim momencie. Stojąc wryty w ziemie sam nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Pokazuje się też grupa morsów szykujących się do kąpieli w zimnej wodzie. Nie pozostajemy obojętni. "Grisza" z "Markiem" postanawiają być lepsi niż miłośnicy pływania w zimnej wodzie. Dosłownie kilka sekund ściągają mundur by za chwilę taplać się jak dzieci. Widok zdziwienia wśród przechodniów i morsów niezapomniany. Na dodatek nasza jak to określili "Marusia" vel "Zosia" na obecną chwilę przekwalifikowuje się w rolę modelki. Tak bawimy się do wieczora. Ludzie podchodzą do nas, rozmawiają, cieszą się. Dostajemy zaproszenie do muzeum w Kołobrzegu. Coś wspaniałego. Super wyposażone, uczące bardzo wiele. Wtem na zachodzie, wstał grzmot i począł toczyć się ze straszliwym łoskotem po niebie. Pomyślałem, ze wojna się jeszcze nie skończyła.

Jeszcze chwila chodzenia po mieście, gdyż część z nas miała problemy z trafieniem do pojazdu, by po chwili wszyscy razem wyruszyć w powrotną drogę do domu. Każdy z nas przemoczony, zmęczony ale zadowolony. Takiego wyjazdu jeszcze nie przeżyliśmy. Śpiewom, okrzykom i radości nie ma końca. A fyykiprrrrrrrrrrryyki mana perile lalalalalala. W takich humorach dojeżdżamy do stolicy aby zostawić "Księdza". Gromkie OGIEŃ!! Żegna naszego przyjaciela. Udajemy się przez piękną starówkę w kierunku wschodnich ziem, gdzie nasz dom. Rankiem docieramy do celu.

Kto nie był niech żałuję. Warto było... Może kiedyś ponownie tu wrócimy.





Zobacz fotogalerię z rekonstrukcji:



Zdjęcia: Marcin Kawecki






Zobacz fotorelacje:

Zdjęcia Zbigniewa Poręby
Fotorelacja na stronie Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu
Misja Kolberg
Głos Koszaliński cz. 1
Głos Koszaliński cz. 2
Kołobrzeski Serwis Informacyjny
nec.mor.pl
Oficjalny serwis UM Kołobrzeg

<<< powrót